Och widzę, że dyskusja rozgorzała niczym nieprzymierzając w mrowisku, co to weń kto kija wetknie

. Proponuję poczekać, czy Piotr nie wykopie tych wykluczeń odnośnie ćmawej czy rudnicy. Bo co do tych czterech gatunków ściśle pod ochroną, to nie ma zmiłuj się - jest zakaz i kropka. I nie ma tu tłumaczeń, że sie znamy, że ratujemy rójkowe matki, które normalnie w większej części poległyby na łonie natury. Jest zakaz i kropka - gliniarz czy prokurator nie będzie słuchał naszych tłumaczeń czy powoływał Curtusa na eksperta. Prokurator popatrzy w zapisy prawa i popatrzy na to, co znalazł u nas w domu czy poczyta artykuł na Inecie - i wystawi odpowiedni wniosek do sądu. Kropka. W sądownictwie (jak mi kiedyś powiedział to chełpiąc się nie wiem czym pewien prawnik - bo powinien się wstydzić takich słów) nie dochodzi się sprawiedliwości, a stosuje PRAWO. Zwracam uwagę na tą istotną różnicę - czasem sprawiedliwość pokrywa się z zapisami ustaw i kodeksów, a czasem nie. O tych "czasem nie" często słyszymy w radiu czy telewizji, jak ktoś wyzywa na sąd, iż go pokrzywdził (i czasem ma nawet taki delikwent rację). Jednak to, co interesuje prawników - to jedynie zapisy czarno na białym paragrafów danego kodeksu. I - kończąc już ten przydługawy wywód - w naszym rozpatrywanym przypadku miejsca na swobodę interpretacji nie ma - czterech gatunków ściśle chronionych nie ma z nas żaden prawa mieć. Ćmawą i rudnicę również - o ile Curtus nie wykopie odpowiednich zapisów (podkreślam - zapisów, a nie jakieś własnej interpretacji wtórnego przytoczenia; i nie piszę tego, by ubliżać inteligencji czy zdolnościom Piotra, ale w nas wszystkich dobrze pojętym interesie lepiej, byśmy mieli to jasno rozpatrzone i powieszone np na <a href="http://formicopedia.org/mrowki">formicopedii</a>).
I taka uwaga do geb88 odnośnie relacji praktyk-hodowca vs naukowiec-profesjonał: bardzo możliwe, że większość spośród co bardziej doświadczonych nas myrmekologów-amatorów potrafi lepiej zahodować co poniektóre gatunki niż naukowiec z uczelni. Paru z nas - może nawet większość gatunków umiałaby sztucznie utrzymać przy życiu. Ale naukowiec ma szerszy (inny) punkt spojrzenia. Ma prawdopodobnie w dupie hodowle pojedynczych kolonii - on patrzy na ilość kolonii na danym terenie w ogóle. Na migracje gatunków w czasie. Na zasięg terytorialny, na liczebność kolonii. To on odkrywa nowe gatunki i wie mnóstwo o tych już poznanych - jak już nie wie Curtus, nie wie radiss czy jakieś inne nasze fachury, to się zgłosisz po identyfikację do profesora Czechowskiego, prawda? (A z czyich książek my uczymy się identyfikować samodzielnie? I w ogóle poznawać świat mrówek?) Bo on - może i nie przeprowadziłby poprawnie adopcji przez lodówkę, ale popatrzy na ilość haczyków na segmencie środkowym i będzie wiedział wszystko. Dlatego ustawodawca (czy w naszym przypadku minister pisząc rozporządzenie) poprosi o ekspertyzę właśnie naukowca - bo naukowiec patrząc na zmiany liczności gatunku w czasie czy kurczące się tereny bytowania - będzie wiedział, które gatunki i na jakich obszarach należy chronić. I nie ma w tym żadnego wymierzonego specjalnie w nas amatorów-hodowców ostrza - ot, dostajemy rykoszetem w ogólnym systemie ochrony pewnych gatunków (nawet pewnie nikomu nie przyszło do głowy podczas pisania rozporządzenia, że istnieją tacy sobie myrmekolodzy-amatorzy; zresztą ilu nas jest, by brać pod uwagę w tak ogólnopolskim procesie jak ochrona zwierząt?). Stąd nawzajem się w sumie powinniśmy uzupełniać: naukowiec wiedzą, hodowca - praktyką. Inna sprawa, że często taki pan doktor czy profesor wpada w zawodową arogancję i tyle z nadziei na współpracę
Ach rozpisałem się jakoś... sorka...
Lecchu
"Dyskusja nad geograficzną lokalizacją ścinki drzewa jest bezpodstawna, albowiem drzewo należy ściąć tam gdzie wyrosło"